Mój syn jest uprzejmy. Może niezbyt religijny ale uprzejmy. Zatem, kiedy nauczycielka z religii namawiała go żeby przystąpił do konkursu nt. Jana Pawła II, z oporami się zgodził. Dzielna matka wyszukała wszelkie encykliki i inne adhortacje. I przystąpili do nauki. Niestety przeszedł szkolny etap, kwalifikując się do części międzyszkolnej. Nauczycielce nie wystarczyło, że uczeń wygrał, teraz zaczęła naciskać, że czas przygotować się do kolejnych zmagań. Najwyraźniej to było dla syna za dużo, może dlatego że równocześnie nadszedł czas egzaminu gimnazjalnego, do którego też trzeba się co nieco przygotować. Krótko mówiąc resztki religijności z mojego syna wyparowały i zaczęła się asertywna psychologia. Chłopak oświadczył (przy moim pełnym poparciu), że nie zamierza pisać kolejnego egzaminu. Religijność katechetki okazała się niezłomna i znacznie większa niż nastoletnia asertywność.

Nauczycielka wezwała na pomoc dyrektorki. I tak we trzy zrobiły chłopakowi pranie mózgu. Zaczęło się od narcystycznego kuszenia jakie go czeka prestiżowe wyróżnienie, że będzie miał się czym chwalić przed kolegami- syn z pewnością nie jest wolny od narcystycznych pokus, ale bynajmniej nie takich! Potem argumentowały, że łatwiej będzie dostać się do dobrego liceum - zapomniały, że tę ścieżkę młodzieniec otworzył sobie konkursem z angielskiego. Oczywiście argument religijności nie mógł zostać przemilczany. Nawet, jeden gadzi język zaszantażował, że jeśli on nie przystąpi do konkursu, nie będą tego mogli także i pozostali uczniowie z dalszych miejsc konkursowych, co akurat było kłamstwem. Chłopak pod presją wyznał, że "się zastanowi".

Pytam go zatem czy "się zastanowił"? Stwierdził, że na egzamin nie idzie. Jeśli go zapytają, otwarcie o tym powie. A jeśli jego "zastanawianie się" uznały za zgodę, to się rozczarują, bo na teście się nie pojawi.

Pochwaliłem syna, pytanie tylko, czy "religijność" ciała nauczycielskiego tak łatwo się podda.

2014-04-07

Share on Facebook

Loading

Znajdź nas na facebook'u