Nic nie zapowiadało tragedii, jaka się za chwilę rozegra. I to podczas kolędy!

Ksiądz wyglądający na skromnego. Chudzieńki, w grubych bilach, z rzadkim włosem i wysokim czołem. Ot wikary na dorobku.

Przywitał się uprzejmie z domownikami, przedstawił. I usiadł, położywszy księżowską czarną teczuszkę na kolanach. Wyciągnął zeszyt i nieznoszącym sprzeciwu głosem zaczął wyczytywać listę obecności:

- Pan Piotr Bamboszczański.

- Jestem!- wykrzyknął gospodarz domu, wstając grzecznie. Długie lata spędzone w szkole dostatecznie mocno wyuczyły szkolnych odruchów. Dzieci się zaśmiały, jednak zamilkły natychmiast pod srogim spojrzeniem wikarego.

Kiedy już ksiądz wyczytał wszystkich, wypytując każdego o zawód lub klasę, do której młodociani uczęszczają, schował swój kajet w słusznym czarnym kolorze. I wyjął na oczach tyleż zdumionej, co przerażonej rodziny, teleskopowy przyrząd- niby wskaźnik choć na kij bardziej wyglądający. Wskazując nim na poszczególne osoby, kazał sobie przynieść indeks - to od dziecka przygotowującego się do I komunii świętej, i zeszyt do religii - od drugiej latorośli. Przeglądając z natężoną uwagą przyniesione rzeczy, zaczął wytykać błędy, tonem pozornie beznamiętnym. Nie wiedzieć czemu każdy z uczestników duszpasterskiej wizyty czuł przeszywający mroźny dreszcz na plecach po każdym precyzyjnie wymierzonym ciosie. Być może sprawiał to ten dźwięk uderzanego z impetem kijo-wkaźnika o skórę teczki po każdej wypowiedzianej frazie:

-Mało pieczątek.

-Nie zaliczone modlitwy.

-Piszesz jak kura pazurem.

-Nie odrobione zadanie domowe.

-Nie pokolorowany obrazek...

Po kilku takich konstruktywnych uwagach, ksiądz postanowił pokazać zatroskane tym razem oblicze, jak dobry i zły policjant w jednej osobie. Zapytał z lekko wyczuwalną cieplejszą nutą:

- A co młodociani w ferie porabiają?

Przyjazny ton zgubił pana Piotra, który dał się zwieść nieoczekiwanie luźniejszej atmosferze, bo odrzekł zbyt szczerze:

- A w komputer grają proszę księdza.

(!)

Srogie oblicze księdza natychmiast wróciło na swoje miejsce.

-A więc to komputer wychowuje Państwa dzieci?!

-No... pozwoli ksiądz, że to my będziemy decydować co jest dobre dla naszych dzieci - to małżonka Piotra, jakby obudzona z letargu nie wytrzymała i postanowiła ratować resztki godności domowników.

- Chcecie oddać swoje dzieciaczki we władanie komputerowemu szaleństwu, tak?! Zatracić je chcecie?! No, tego się nie spodziewałem...- Nie bacząc na opór żony, ksiądz kontynuował swoją misję ratowania polskich rodzin.

Ale dla małżonki Piotra było to już za wiele. Poczerwieniała, źrenice jej się powiększyły, gałki oczne wyszły na wierzch, mięśnie napięły, żyłki w przerażająco widoczny sposób zaczęły tłoczyć swoją zawartość. ...I zanim ktokolwiek zareagował, kobieta już wgryzała się w tętnicę księdza. Krew bryznęła po ścianach. Ksiądz krzyczy, przerażone dzieci jeszcze bardziej. Piotr dopiero po kilku chwilach zorientował się, że kolęda utraciła swój religijny charakter. Dopadł wreszcie małżonkę i- choć niezbyt był bystry, za to siły mu nie brakowało- w końcu udało mu się odciągnąć ją od ofiary. Jeszcze zdążył krzyknąć za uciekającym i krzyczącym wniebogłosy księdzem:

-Apteczka jest przy drzwiach, dobrze wyposażona... na wszelki wypadek.

Jednak w odpowiedzi tylko echo swojego głosu usłyszał.

Dopiero kiedy ksiądz jakoś doszedł do siebie- także emocjonalnie- zaczął sobie przypominać drobne szczegóły, które pierwotnie umknęły jego uwadze. Zwłaszcza dyskretny plaster na dłoni gospodarza, i jakby lekki siniak pod jego okiem, no i ta apteczka umieszczona w tak łatwo dostępnym miejscu.

I pomyślał też o męczennikach przelewających krew za wiarę. To dodało mu otuchy do dalszej misji ewangelizacyjnej.

2013-01-24

Share on Facebook

Loading

Znajdź nas na facebook'u